Kontakt

61-707 Poznań ul. Libelta 27

Nasze social media:

Algorytmy, automatyzacja i ludzie. Czy naprawdę wiemy, dokąd zmierzamy?

Dyskusja o tym, czy sztuczna inteligencja i automatyzacja „zabiorą ludziom pracę”, regularnie wraca do mediów. Pojawiają się teksty o nadchodzącej katastrofie, o „końcu świata pracy”, o erze masowych zwolnień. Trudno jednak nie zauważyć, że w wielu miejscach ten proces już się wydarzył – i to często z pożytkiem dla człowieka. Automatyzacja procesów spawania w trudnych warunkach, robotyzacja transportu wewnętrznego, automatyczne sortowanie czy pobieranie w magazynach są dziś standardem. Podobnie w pracy biurowej – sztuczna inteligencja i nowe narzędzia znacząco ograniczyły zapotrzebowanie na osoby przepisujące dane, obsługujące klienta online, wykonujące powtarzalne prace administracyjne czy nawet na część ról juniorskich w kancelariach lub marketingu.

To jednak tylko fragment obrazu. Prawdziwe pytanie brzmi nie „co AI zabierze?”, ale „czy my jako społeczeństwo jesteśmy gotowi, aby mądrze z niej korzystać?”.

Nawet twórcy technologii zmieniają zdanie

Chyba najlepiej tę niepewność pokazuje przykład Jensena Huanga, CEO Nvidii. Przez lata powtarzał znaną mantrę: uczcie się programowania, bo to przyszłość. A potem, w 2024 roku, publicznie uznał, że ta rada przestała być aktualna. Podczas World Government Summit w Dubaju stwierdził, że programowanie nie będzie już kluczową umiejętnością, bo AI przejmie tworzenie kodu. „Naszym zadaniem jest stworzyć technologię, dzięki której nikt nie będzie musiał programować. Gdy językiem programowania staje się język ludzki – każdy jest programistą” – powiedział. Według niego przyszłość to kreatywność, krytyczne myślenie i wiedza z zakresu biologii, edukacji, produkcji, rolnictwa.

Jeżeli nawet liderzy przemysłu technologicznego zmieniają narrację, to znaczy jedno: nikt tak naprawdę nie wie, jak dokładnie będzie wyglądał rynek pracy za 10 czy 20 lat.

Jeżeli chcemy korzystać z technologii – musimy mieć ludzi, którzy potrafią myśleć

Kluczowe pytanie brzmi: czy nasz system edukacji przygotowuje młodych ludzi do świata, który nadchodzi? Dane nie napawają optymizmem. Polska szkoła zapewnia mniejszą liczbę godzin nauki niż wiele krajów OECD. Dzieci w Niemczech zaczynają obowiązkową edukację wcześniej, we Francji obejmuje ona nawet przedszkole, a w wielu państwach zakres przekazywanej wiedzy jest po prostu szerszy. To nie oznacza automatycznie lepszych wyników  – ale oznacza inną filozofię: tam szkoła bierze większą odpowiedzialność. U nas duża część ciężaru spada na rodziców.

Do tego dochodzą wyniki egzaminów. W 2024 roku aż 18% osób zdających rozszerzony język polski uzyskało 0 punktów. W przypadku rozszerzonej matematyki – 10%. W 2025 roku średni wynik z matematyki na poziomie podstawowym wyniósł 61%, a zdawalność 85%. W liceach było to 66%, w technikach zaledwie 51%. Nie są to statystyki, które uspokajają.

Tymczasem szacuje się, że ponad 60% dzieci, które dziś rozpoczynają szkołę, będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Oznacza to, że edukacja powinna uczyć elastyczności, samodzielnego myślenia i umiejętności uczenia się, a nie wyłącznie „zaliczania”.

Co z dorosłymi? Czy w ogóle chcemy pracować tak, jak wymaga tego gospodarka?

Obraz rynku pracy w Polsce jest dziś pełen paradoksów. Z jednej strony jesteśmy 20. gospodarką świata pod względem PKB i plasujemy się w pierwszej 30. w rankingach dobrostanu. Luz na rynku pracy (inaczej niewykorzystany potencjał pracy) wynosi 5% i jest to najniższy wynik w całej Unii Europejskiej. Z drugiej – spadamy w rankingach wolności gospodarczej, a regulacje dławią przedsiębiorczość.

Jednocześnie w rozmowach z przedsiębiorcami regularnie pojawia się nowa tendencja: coraz mniej osób chce pracować w systemie zmianowym, coraz mniej chce obejmować stanowiska kierownicze. Wzrost wynagrodzenia często nie rekompensuje stresu i odpowiedzialności. To już nie tylko ekonomia. To także kwestia motywacji, sensu i zmieniającego się podejścia do pracy.

Czterodniowy tydzień pracy – piękna idea czy kosztowna iluzja?

W tej dyskusji naturalnie pojawia się temat skracania czasu pracy. Brzmi atrakcyjnie – więcej czasu dla rodziny, zdrowia, pasji. Tylko że gospodarki nie da się „zatrzymać” na jeden dzień bez konsekwencji. Autobusy i ciężarówki nie pojadą szybciej, żeby wykonać ten sam wolumen przewozów w cztery dni. Krowy nie zaczną intensywniej produkować mleka. Hut nie zatrzymamy na weekend. To nie są procesy, które da się „zmieścić” w krótszym czasie.

W praktyce oznacza to, że aby utrzymać poziom produkcji i usług, trzeba zatrudnić dodatkowych ludzi, co przy obecnym niedoborze rąk do pracy jest wyzwaniem. Do tego dochodzi presja płacowa, inflacja i nowe poczucie nierówności między pracownikami etatowymi a przedsiębiorcami, którzy nie mogą „wyłączyć biznesu” na jeden dzień.

I tu warto pamiętać o ostrzeżeniach, które pojawiały się już niemal sto lat temu  – nawet w literaturze. Aldous Huxley pokazywał, jak nadmiar komfortu, przy jednoczesnym braku sensu i odpowiedzialności, prowadzi do chaosu społecznego.

Demografia – problem, którego nie da się zagadać

Do tego wszystkiego dochodzi coś jeszcze bardziej fundamentalnego: liczba ludzi, którzy w ogóle będą pracować. Prognozy demograficzne nie napawają optymizmem. Jest nas coraz mniej, jako społeczeństwo starzejemy się, tym samym maleje baza pracowników. Zgodnie z symulacjami GUS-u (opracowanie eksperymentalne) przewidywana liczba ludności Polski w 2060 r. przy założeniu utrzymującej się niskiej dzietności z 2024 r. (TFR 1,10) wyniesie 28,4 mln i będzie niższa o 2,5 mln w porównaniu do oficjalnego scenariusza prognozy ludności z 2023 r. Choć wyników tych nie należy używać jako miarodajnych danych służących do podejmowania wiążących decyzji, sygnalizują one realny problem. 

Mniej młodych, mniej chęci do pracy zmianowej, mniej motywacji do przywództwa, rosnący system opiekuńczy i coraz większy ciężar na barkach pracujących. To równanie nie rozwiązuje się samo.

Niepokojące podobieństwo do „mysiej utopii”

Trudno w tym miejscu nie wspomnieć o eksperymencie Calhouna. tzw. mysiej utopii. Myszy miały wszystko: jedzenie, bezpieczeństwo, komfort. Najpierw nastąpił boom, potem stagnacja, potem rozpad zachowań społecznych: utrata motywacji, agresja, apatia, brak zaangażowania. Kolonia wymarła, mimo idealnych warunków.

Choć wiadomo, że myszami nie jesteśmy,  to mechanizmy psychologiczne w społeczeństwach działają zadziwiająco podobnie.

Czy naprawdę chcemy czekać i „zobaczyć, co będzie”?

Czy za kilkadziesiąt lat staniemy się krajem zdominowanym przez liczną grupę sfrustrowanych seniorów i niewielką grupę młodych ludzi, którzy nie są przygotowani i nie chcą pracować? Nie wiem. Ale patrząc na brak odwagi do realnych reform edukacji i demografii oraz na zamiłowanie do szybkich, populistycznych eksperymentów, trudno być spokojnym.

Dlatego zamiast skupiać się na tym, jakie zawody znikną i ile pracy „zabierze AI”, warto zacząć od siebie. Od refleksji nad tym, czym jest dla nas praca. Od rozwijania kompetencji, które pozwalają technologią się wspierać, a nie jej ulegać. Od przygotowania naszych dzieci do świata, którego jeszcze nie znamy, ale który na pewno będzie wymagał myślenia, odpowiedzialności i ciekawości.

Technologia nie załatwi za nas życia. Może nam je ułatwić. Ale czy wykorzystamy ją dobrze, zależy wyłącznie od nas.